Wszystkie gazety są tutaj zszyte. Komplikuje mi to wyrzucanie śmieci - wydłubywanie zszywek strasznie wydłuża proceder odkładania makulatury. Do tego nie wiem, do jakiego pojemnika wyrzucać te zszywki, więc zbieram je do słoików. A przez to nie wyrzucam słoików, chociaż akurat dobrze wiem, gdzie należy. Jak uzbieram tego trochę, otworzę sklep z rzeczami, których sam bym nigdy nie kupił, a które jednak ktoś wciąż kupuje. Teraz wiem, skąd biorą się takie sklepy.
Rano, kiedy miasto się budzi, zasiadam w domu z kawą do lektury codziennej prasy. Pewnie jeszcze przed samym królem i szefami najpotężniejszych koncernów w kraju - to więc naprawdę niesamowicie egalitarne społeczeństwo. Chociaż może oni akurat na tych gazetach nie jedzą (no, chyba że też mają sentyment do czasów internatu).
I czytam tak sobie, zaczynając od pierwszych stron, a tam o łosiach, owcach, Polakach. Polacy już stanowią trzecią mniejszość w Norwegii - ale nie po łosiach i owcach, tylko po Szwedach i Duńczykach.
Czasem pierwszą stronę opanuje więc skacząca owca albo raport o wypadkach drogowych z udziałem łosi. Na 1. stronach pojawiały się ponadto wybory w Pakistanie czy deklaracja niepodległości Kosowa. Wybory w Rosji zostały za to obszernie skomentowane zanim się odbyły, więc ich wynik nie wszedł już na 1. stronę. To całkiem udany komentarz - na miarę tatrzańskiej przyrody zamiast polityki w "Tygodniku Powszechnym".
Istotne miejsce zajmuje także np. debata o tym, by na łosie polować nie ostrą bronią lecz... paintballem. Niby bardzo humanitarna idea, ale czy ktoś w ogóle się zastanowił, jakie ma szansę na reprodukcję tak upstrzony łoś?
W prasie przytoczono wypowiedź kandydata do urzędu najpotężniejszego dyletanta świata. Okazuje się, że na swoją pozycję harował latami. Już w 1990 r. Obama pisał w studenckim czasopiśmie o Norwegii: Oslo, Volvo, ABBA. We współczesnym komentarzu Hilary wyraziła powątpiewanie, jak on będzie mógł odróżnić Palestynę od Izraela. I może właśnie w tym szaleństwie jest metoda, skoro do tej pory jakoś zawsze mylono, który z tych krajów sieje terror.
Przypomina się kawał, jak szwedzki minister odwiedził Wielką Brytanię i spodobały mu się kurtki policjantów z napisem "POLICE" na plecach. Po powrocie zamówił podobne dla szwedzkich policjantów, tyle że z napisem "ABBA". Ciekawe jak ten kawał opowiada Barack O. Najpierw pewnie mówił o norweskim ministrze, a jak go poprawiono, zamienił "ABBA" na "Helly Hansen".
Znalazłem pracę życia - ale wcale nie na stronach ofert pracy. Posterunek policji w Solund, niedaleko Bergen. W całym roku 2007 mieli tam 8 zgłoszeń. Jedno to pies, który skoczył na drugiego (finału jednak nie zdradzono - może posłuży do drugiej części "Piotrusia i Wilka"?). Dwa pożary. Facet zatęsknił do palca (no dobra, może jeszcze nie do końca rozumiem norweski). Ostatnie na liście - znaleziono puszkę haszu w łodzi. Nie można jej było przypisać do żadnej konkretnej osoby. No to właściwie nie ma się co dziwić, że od tego czasu nie wykrywano już tam przestępstw... mówię, idealna fucha.
Nastał wreszcie dzień, w którym moja umiejętność czytania po norwesku została wystawiona na próbę ekstremalną - prima aprilis. I okazało się, że jest ciężko. Spodziewałem się, że chociaż w dacie pojawi się "Snickers", skoro przez cały marzec pisali "Mars". Ale nawet nie to. Pierwszy podejrzany tekst znalazłem dopiero na ostatniej stronie. Piszą o planach przebudowy skoczni narciarskiej, która góruje nad miastem. To ich chluba i o pomysłach zmian było już od dawna głośno. Nieco tylko podejrzanie brzmią szczegóły, głównie fragment o umieszczeniu skoczni w tunelu pod ziemią. Piszę "nieco", bo to by właściwie było jak najbardziej w ich stylu. Teraz akurat kopią tunel pod fiordem, a w swoim czasie pewnie i sam fiord trafi do tunelu.
Snickers Fool
wtorek, kwietnia 01, 2008
sobota, marca 15, 2008
NORGES LOVER (4) Meet the Swingers
Z numerami mieszkań jest tu, jak już pisałem, absolutny bajzel, a zabiegi normalizacyjne to go dopiero komplikują. W każdej klatce na tym samym osiedlu może być inny system numeracji albo kilka takich systemów na raz. Numery, o ile się pojawiają, to rzadko jako tabliczki przy (nie na) drzwiach. Najczęściej są to papierowe nalepki na framugach. Jedne drzwi mogą mieć takie trzy nalepki, np. z numerami 20, 3006 i 15.6, a do tego jeszcze czwartą, tę znormalizowaną. Ta ma znów to do siebie, że jest słabo czytelna, przynajmniej dopóki nie obróci się głowy o 90 stopni (lub nie chodzi się po ścianach).
Zdarza się, że całe piętro jest zgodne i zamówi z urzędu naklejki normalizacyjne, tyle że nalepi je w odwrotnej kolejności. Mieszkanie H0201 będzie więc na drugim etażu za pierwszymi drzwiami z prawej, a nie z lewej. Przy nieparzystej ilości mieszkań jest szansa, że chociaż jedno z nich będzie miało właściwy numer (ale zawsze przecież mogli zacząć liczyć od innych drzwi). Nikogo nie zdziwi, że inne piętra mają inaczej, bo i tak rzadko się zdarza, żeby któraś z opcji uzyskała optyczną większość.
Teraz powinienem przejść do systemu partyjnego Norwegii, ale to jeszcze bardziej współczesna fizyka. Rzec można, fizyka przyszłości. Nie czuję się jeszcze kompetentny. Może jak zacznę nosić gazety do parlamentu (a jak wiadomo, ciekawią mnie parlamentarne pomieszczenia na faje).
Ja zawsze znam nazwisko prenumeratora i numer jego klatki. Ale to mi wiele nie daje, bo raz, nie ma czasu na czytanie nazwisk na drzwiach, dwa - i tak rzadko kiedy się pojawiają. Zwyczajem jest, że podaje się także numer etażu - ale kiedy przychodzi do numeru mieszkania, to o ile się pojawi, i tak nie jest pewny. Jeden klient może podać numer mieszkania w różnych systemach, prenumerując różne czasopisma, które przynoszę mu za jednym razem. Mam to wszystko niby znormalizowane w PDA, którego używam i klienci, których zastałem, są już poprzydzielani do kolejnych mieszkań. Ale nowych często muszę zlokalizować sam, a do tego i ze starymi wynikają ciągłe problemy. Co najlepsze, kiedy klient zniknie na chwilę z naszej bazy (np. urlop), znikną także moje poprawki. Następnym razem ten sam klient znowu trafia do nas z danymi, jakie przekazał sam gazecie. I znów człowiek musi wyręczać królewnę „sztuczną inteligencję“.
I kiedy klient wróci (jednak wracają!), wyskoczy mi w systemie, że mieszka w jednym mieszkaniu z kim innym. Teraz będzie najlepsze. W Polsce dwa różne nazwiska w jednym mieszkaniu od razu wyglądałyby podejrzanie (szczególnie w myśl nieśmiertelnej frazy przedwojennego kina: „dwaj mężczyźni w jednym łóżku?“) i można by łatwo znaleźć błąd. Tylko że tutaj do czterech różnych nazwisk w jednym mieszkaniu to standard. Kiedy więc do braku numerów mieszkań dodać konglomeraty nazwisk na tabliczkach, albo raczej konglomeraty tabliczek na drzwiach, bo często każda jest z innej bajki, to sytuacja „bardzo-nieco“ się komplikuje. Czy wspominałem już o samych imionach na drzwiach - albo o wywieszaniu absolutnie nieczytelnych rysunków dzieci?
Wydawałoby się, że układ skrzynek pocztowych na parterze może pomóc określić, gdzie ktoś mieszka. Ale to już połączenie testu IQ i kostki Rubika (no i wolontariatu, bo za te nadgodziny nikt mi nie zapłaci). Na skrzynkach nie ma z reguły informacji o piętrach i rzadko kiedy są numery mieszkań - za to, podobnie jak na drzwiach, są na nich czasem tylko imiona, a na jednej skrzynce często pojawiają się 2-4 nazwiska. Wtedy pozostaje się domyślać, w jakim porządku powieszono skrzynki: czy kolejno z lewej do prawej i z góry na dół, tak jak czytamy, czy może kolumnami, czy raczej zgodnie ze strukturą budynku – najwyższe mieszkania to najwyższe skrzynki (takie rozterki znam już dobrze z Galerii Foto ZHP). Rozpoznanie pięter to dopiero początek, bo wtedy trzeba zgadnąć, które mieszkanie zaczyna dane piętro i w którą stronę się liczy. Odgadnięcie zasady w jednym budynku niewiele daje gdzie indziej, bo dana zasada nie musi (a właściwie: musi nie) obowiązywać na jednym osiedlu. Jest jeszcze kilka klatek, które stanowią wyzwanie dla mojego IQ. Na razie myślę, że skrzynki powieszono tam według dat urodzin mieszkańców albo alfabetycznie według nazwisk pierwszych mieszkańców, którzy się już od tego czasu wyprowadzili.
Jeżeli którejś nocy nie znajdę jednego nazwiska, nie znaczy to, że następnej mam go znów nie szukać – bo przecież mogło GDZIEŚ zostać dopisane! Pozostaje mi się tylko pocieszać, że fluktuacja moich klientów to nic przy tym, co musi znosić taki listonosz.
I wracając do numerków - jedni powiesili sobie wielką czwórkę na drzwiach, ale nie pasuje to do żadnego ze znanych mi systemów numeracji. Podejrzewam, że to tajny znak swingersów, wziąłem więc to mieszkanie pod baczną obserwację (plusy pracy w nocy).
James Bond powróci w odcinku „Live and Let Die (Finding Where You Live)“
Zdarza się, że całe piętro jest zgodne i zamówi z urzędu naklejki normalizacyjne, tyle że nalepi je w odwrotnej kolejności. Mieszkanie H0201 będzie więc na drugim etażu za pierwszymi drzwiami z prawej, a nie z lewej. Przy nieparzystej ilości mieszkań jest szansa, że chociaż jedno z nich będzie miało właściwy numer (ale zawsze przecież mogli zacząć liczyć od innych drzwi). Nikogo nie zdziwi, że inne piętra mają inaczej, bo i tak rzadko się zdarza, żeby któraś z opcji uzyskała optyczną większość.
Teraz powinienem przejść do systemu partyjnego Norwegii, ale to jeszcze bardziej współczesna fizyka. Rzec można, fizyka przyszłości. Nie czuję się jeszcze kompetentny. Może jak zacznę nosić gazety do parlamentu (a jak wiadomo, ciekawią mnie parlamentarne pomieszczenia na faje).
Ja zawsze znam nazwisko prenumeratora i numer jego klatki. Ale to mi wiele nie daje, bo raz, nie ma czasu na czytanie nazwisk na drzwiach, dwa - i tak rzadko kiedy się pojawiają. Zwyczajem jest, że podaje się także numer etażu - ale kiedy przychodzi do numeru mieszkania, to o ile się pojawi, i tak nie jest pewny. Jeden klient może podać numer mieszkania w różnych systemach, prenumerując różne czasopisma, które przynoszę mu za jednym razem. Mam to wszystko niby znormalizowane w PDA, którego używam i klienci, których zastałem, są już poprzydzielani do kolejnych mieszkań. Ale nowych często muszę zlokalizować sam, a do tego i ze starymi wynikają ciągłe problemy. Co najlepsze, kiedy klient zniknie na chwilę z naszej bazy (np. urlop), znikną także moje poprawki. Następnym razem ten sam klient znowu trafia do nas z danymi, jakie przekazał sam gazecie. I znów człowiek musi wyręczać królewnę „sztuczną inteligencję“.
I kiedy klient wróci (jednak wracają!), wyskoczy mi w systemie, że mieszka w jednym mieszkaniu z kim innym. Teraz będzie najlepsze. W Polsce dwa różne nazwiska w jednym mieszkaniu od razu wyglądałyby podejrzanie (szczególnie w myśl nieśmiertelnej frazy przedwojennego kina: „dwaj mężczyźni w jednym łóżku?“) i można by łatwo znaleźć błąd. Tylko że tutaj do czterech różnych nazwisk w jednym mieszkaniu to standard. Kiedy więc do braku numerów mieszkań dodać konglomeraty nazwisk na tabliczkach, albo raczej konglomeraty tabliczek na drzwiach, bo często każda jest z innej bajki, to sytuacja „bardzo-nieco“ się komplikuje. Czy wspominałem już o samych imionach na drzwiach - albo o wywieszaniu absolutnie nieczytelnych rysunków dzieci?
Wydawałoby się, że układ skrzynek pocztowych na parterze może pomóc określić, gdzie ktoś mieszka. Ale to już połączenie testu IQ i kostki Rubika (no i wolontariatu, bo za te nadgodziny nikt mi nie zapłaci). Na skrzynkach nie ma z reguły informacji o piętrach i rzadko kiedy są numery mieszkań - za to, podobnie jak na drzwiach, są na nich czasem tylko imiona, a na jednej skrzynce często pojawiają się 2-4 nazwiska. Wtedy pozostaje się domyślać, w jakim porządku powieszono skrzynki: czy kolejno z lewej do prawej i z góry na dół, tak jak czytamy, czy może kolumnami, czy raczej zgodnie ze strukturą budynku – najwyższe mieszkania to najwyższe skrzynki (takie rozterki znam już dobrze z Galerii Foto ZHP). Rozpoznanie pięter to dopiero początek, bo wtedy trzeba zgadnąć, które mieszkanie zaczyna dane piętro i w którą stronę się liczy. Odgadnięcie zasady w jednym budynku niewiele daje gdzie indziej, bo dana zasada nie musi (a właściwie: musi nie) obowiązywać na jednym osiedlu. Jest jeszcze kilka klatek, które stanowią wyzwanie dla mojego IQ. Na razie myślę, że skrzynki powieszono tam według dat urodzin mieszkańców albo alfabetycznie według nazwisk pierwszych mieszkańców, którzy się już od tego czasu wyprowadzili.
Jeżeli którejś nocy nie znajdę jednego nazwiska, nie znaczy to, że następnej mam go znów nie szukać – bo przecież mogło GDZIEŚ zostać dopisane! Pozostaje mi się tylko pocieszać, że fluktuacja moich klientów to nic przy tym, co musi znosić taki listonosz.
I wracając do numerków - jedni powiesili sobie wielką czwórkę na drzwiach, ale nie pasuje to do żadnego ze znanych mi systemów numeracji. Podejrzewam, że to tajny znak swingersów, wziąłem więc to mieszkanie pod baczną obserwację (plusy pracy w nocy).
James Bond powróci w odcinku „Live and Let Die (Finding Where You Live)“
środa, marca 05, 2008
NORGES LOVER (3) Miki's Delivery Service

Poszedłem do kina na animowany film japoński mistrza Miyazaki. To jeden ze starszych, nie pokazywali go ubiegłej jesieni na Przeglądzie Anime - „Kiki's Delivery Service“. Nie miałem problemu przy wyborze wersji językowej, bo i tak nie byłbym w stanie odróżnić japońskiej od norweskiej; jedni i drudzy uprawiają ciągły recykling spółgłosek. Po obejrzeniu filmu wciąż nie wiem, o co chodziło w życiu głównej bohaterki – i to akurat sprawiło, że poczułem się jej bardzo bliski.
Poza tym Kiki dostarczała ludziom przesyłki, tak jak ja dostarczam gazety. Całe Oslo i jego okolice podzielone są między trzy regiony, z których MÓJ JEST NAJWIĘKSZY (tak mi się wcisnął caps lock). Mamy ponad 800 tras, które każdego dnia obstawia ponad 600 osób. Trasy poranne robi się między 2 a 6, trasy popołudniowe, ok. 14 - 17. Zacząć można kiedy się chce, ale górna granica powinna być dotrzymana, bo subskrybentom obiecano poranną gazetę przed szóstą, popołudniówkę – przed piątą.
Popołudniu posuwam piętnastkę, bo czternastka jest zbyt niestabilna, jak dla mnie. W nocy podobnie, biorę 71-kę, bo 70-tka ma już problemy z pokryciem. No, po prostu niektóre wózki są gorsze od innych.
Popołudniu sprawa jest prosta - mam ok. 80 prenumeratorów popołudniówki „Aften“, a pozostałym podrzucam tylko reklamy albo specjalne dodatki pisma, jeśli akurat są. W nocy jest dużo bardziej skomplikowanie - a wózek jest coraz cięższy z każdym dniem tygodnia, bo też wydania są coraz grubsze. Każdej nocy mam w wózku co najmniej 250 egzemplarzy głównego dziennika „Aftenposten“ i minimum 200 sztuk pomniejszych gazet. W piątek dochodzą do tego magazyny i dodatkowe tygodniki. Suma cen detalicznych wszystkich gazet w nocnym wózku to jakieś 4-6 tys. PLN. Ale nie starczyłoby dnia, żeby to samemu opchnąć. Do tego, wiadomo, mój pracodawca nie ma cierpliwości Marii Antoniny. Wystarczy, żebym jednej nocy nie obrócił towaru jak należy, a straciłbym szanse na następne razy. Sprzedanie chociaż tego, co mi zostaje nad ranem w wózku, dałoby mi dziennie paręset koron zarobku ekstra. Ale gdyby mnie to kręciło, znalazłbym fuchę w Polsce - przy prywatyzacji „Ruchu“.
I tak mogę się tutaj jeszcze wiele nauczyć. Na przykład, idąc do pracy spotykam pchającego wózek Murzyna z wąsami. Po trzech godzinach wracam, a tu Murzyn bez wąsów. No proszę - najlepsi to potrafią się nawet ogolić w tej pracy! Póki co cierpliwie znoszę skargi i uczę się hodować skorupę zobojętnienia wokół mojej podłej cechy pełnego zaangażowania we wszystko, co robię.
Z problemami klienci dzwonią do obsługi klienta, a ta przekazuje sprawę do mnie. Jeśli ktoś dostaje gazetę, której nie zamawiał, typowym manifestem jest zostawianie jej pod drzwiami (nie będzie odcisków palców, to nie każą za to płacić). To, że kto inny, kto zamówił to pismo, go nie dostaje, to już specjalnie nikogo nie martwi - dopóki ja nie będę musiał wszcząć nocnego śledztwa. Sąsiedzi się ze sobą nie komunikują. Świetnie rozwinięta jest za to komunikacja jednostronna, takie „w pół do komunikacji“. Mowa o wywieszaniu kartek, które jest tutaj chyba sportem narodowym zaraz po narciarstwie. Kartki wiszą na wszystkich klatkach, w każdej sprawie. Nie ma się co dziwić, bo w teście z Pizy poszło im całkiem dobrze w pisaniu. Pół biedy, jeśli przeczyta to młody, inteligentny, wykształcony Polak (nawet nieznający norweskiego). Ale przecież rdzenni sąsiedzi, jak wiadomo z Pizy, będą już mieli problem z przeczytaniem. Czasem znajdę także kartki skierowane tylko do mnie - a to, że ich drzwi to te a te, a to że ktoś nie prenumeruje wcale pisma, które mu podrzucam. Albo post-it z tytułami pism, naklejony przy drzwiach; i tak sobie wisi tygodniami, a ja zastanawiam się, co by szkodziło, podać na drzwiach nazwisko.
Skarga: nie dostarczono pisma tej a tej, mieszkanie 244. Za dwa dni, nie dostarczono pisma tej samej, mieszkanie 242. Zastanawiam się, przeprowadzka? schizofrenia? bigamia? kurwa prenumeratorka?
Skarga: proszę kłaść gazetę na wycieraczce, nie na podłodze („kłaść?“ - a to dobre!) Odpowiadam: niech sobie kupi większą wycieraczkę.
Skarga: klient w ogóle nie dostaje swoich gazet. No to o tym to trzeba było pomyśleć przy zakupie wycieraczki z napisem „Go away“!
Z wycieraczek najdziwniejsze, jakie dotąd widziałem były z Gore-texem, jeżeli wierzyć napisowi. Za to miłym gestem, z jakim się spotkałem, było wyłożenie wszystkich wycieraczek z piętra obok windy. Pewnie po to, żebym nie musiał tyle łazić. Tylko co ja mam z tym zrobić, kiedy wycieraczki nie są podpisane? Ale, ale, spokojnie... a drzwi to niby są? I o tym będzie w następnym odcinku.
sir Miki de Livery
piątek, lutego 15, 2008
NORGES LOVER (2) Joe Pesci się z moro nie pieści
Premier TUrSKi (niestety nie ten od Holland) zaproponował zniesienie obowiązku meldunkowego, co ma zmniejszyć biurokratyzację państwa. I znów Polakom gratulujemy pomysłów na żywca. Podpowiadam, że biurokratyzację państwa najskuteczniej będzie ukrócić poprzez - likwidację państwa. W Norwegii jest bardzo ścisły obowiązek meldunkowy, mają także pojedynczy numer identyfikacyjny (jak nasz projektowany PESEL2), a nie wiąże się z tym żadna urzędnicza hydra. Przeciwnie - załatwienie formalności przy osiedleniu się tutaj to chwila. Są nawet polskojęzyczne formularze (może by więc i u nas wprowadzić język polski w urzędach?)
No, ale bez zbytnich pochwał. Nie obchodzi się tu bez dziwactw. Podczas meldunku w urzędzie pani wypytała mnie dokładnie, gdzie mieszkam i jak do mnie dojść - które piętro i które drzwi w drodze ze schodów. Czekałem, nie gasiłem nocnej lampki a na klamce zawiesiłem butelkę szampana. Nie przyszła. Okazało się, że w ten sposób opisuje się tutaj miejsce zamieszkania, bo zwyczajne numery mieszkań funkcjonują rzadko. Zgodnie z promowaną dopiero normalizacją numerów mieszkań, wchodzą numery składające się z litery i czterech cyfr. Dwie pierwsze to piętro, dwie kolejne - numer drzwi, od lewej, licząc od schodów (albo wejścia do budynku), zgodnie ze wskazówkami zegara. Zasada numeracji nadana jest więc urzędowo, ale bazuje na opisie mieszkańca, który zamawia sobie etykietkę do naklejenia na drzwi. Nie dziwi więc, że platońskiemu światu idealnych numerów mieszkań odpowiada absolutne zamieszanie w praktyce. Wystarczy, że mieszkaniec nie zrozumie instrukcji. A że w czytaniu tekstów Norwegowie wypadają w teście z Pizy za Polakami, wygląda na to, że na moim piętrze tylko ja będę miał poprawny numer mieszkania.
Po mojej przygodzie z czekaniem na panią z urzędu zrozumiałem, skąd w tym mieście tyle świateł świecących się całe noce. To, co tak bardzo urzeka tutaj nocnych przechodniów, okazuje się być tragedią wielu samotnych dusz. Może jest to więc jednak podła urzędnicza hydra żerująca na biednych, naiwnych imigrantach? Tak czy owak, doświadczenie to nauczyło mnie na pewno jednego: nie zadawać tutejszym dziewczynom pytania „Gdzie mieszkasz?“ Ani się obejrzysz, a spędzisz z nią pół życia zanim uda ci się ją pocałować. Tak, szanta ze słowami: „Weź ją, bracie, nie czekaj - wyjaśnisz potem“ musiała powstać w Norwegii.
Mój pierwszy raz jako kelner. Mistrzyni ceremonii z miejsca skwitowała mnie krótkim: „You are funny“. Wydało mi się to nieco podejrzane, skoro jeszcze nawet nie zdążyłem się odezwać. Ale nie miałem jak zareagować, bo przecież nie miałem pod ręką pompki (widział ktoś kelnera z pompką?)
Dopiero oglądając po kilku dniach „Seks w wielkim mieście“ z norweskimi napisami, zrozumiałem, co miała na myśli. Mam czapkę polskiej marki Moro, a 'moro' po norwesku to właśnie 'śmieszny' (znam nawet jednego Polaka, który uważa, że moro jest śmieszne - ale nie miałem pojęcia, że u podstaw jego sądu leży wnikliwa analiza lingwistyczna!)
Następnym razem nie dam się zaskoczyć. Niech tylko wykuję norweskie napisy z niezapomnianej tyrady Joe Pesciego w „Chłopcach z ferajny“: 'Tell me, what'ya mean... how funny I am... what makes me funny?'.
Kelnerowanie to czasem tylko i do północy (tzw. podryw „na Kopciuszka“). Za to od 2-3 w nocy - roznoszenie gazet. Idąc tak lub jadąc rowerem do pracy, mijam ludzi grzebiących w śmietnikach. No tak - „chleb musi być wypieczony“.
Niedoszły absolwent UAM w Poznaniu - Instytut Fizyki na Morasku (to chyba będzie „śmiesznostka“ po norwesku)
No, ale bez zbytnich pochwał. Nie obchodzi się tu bez dziwactw. Podczas meldunku w urzędzie pani wypytała mnie dokładnie, gdzie mieszkam i jak do mnie dojść - które piętro i które drzwi w drodze ze schodów. Czekałem, nie gasiłem nocnej lampki a na klamce zawiesiłem butelkę szampana. Nie przyszła. Okazało się, że w ten sposób opisuje się tutaj miejsce zamieszkania, bo zwyczajne numery mieszkań funkcjonują rzadko. Zgodnie z promowaną dopiero normalizacją numerów mieszkań, wchodzą numery składające się z litery i czterech cyfr. Dwie pierwsze to piętro, dwie kolejne - numer drzwi, od lewej, licząc od schodów (albo wejścia do budynku), zgodnie ze wskazówkami zegara. Zasada numeracji nadana jest więc urzędowo, ale bazuje na opisie mieszkańca, który zamawia sobie etykietkę do naklejenia na drzwi. Nie dziwi więc, że platońskiemu światu idealnych numerów mieszkań odpowiada absolutne zamieszanie w praktyce. Wystarczy, że mieszkaniec nie zrozumie instrukcji. A że w czytaniu tekstów Norwegowie wypadają w teście z Pizy za Polakami, wygląda na to, że na moim piętrze tylko ja będę miał poprawny numer mieszkania.
Po mojej przygodzie z czekaniem na panią z urzędu zrozumiałem, skąd w tym mieście tyle świateł świecących się całe noce. To, co tak bardzo urzeka tutaj nocnych przechodniów, okazuje się być tragedią wielu samotnych dusz. Może jest to więc jednak podła urzędnicza hydra żerująca na biednych, naiwnych imigrantach? Tak czy owak, doświadczenie to nauczyło mnie na pewno jednego: nie zadawać tutejszym dziewczynom pytania „Gdzie mieszkasz?“ Ani się obejrzysz, a spędzisz z nią pół życia zanim uda ci się ją pocałować. Tak, szanta ze słowami: „Weź ją, bracie, nie czekaj - wyjaśnisz potem“ musiała powstać w Norwegii.
Mój pierwszy raz jako kelner. Mistrzyni ceremonii z miejsca skwitowała mnie krótkim: „You are funny“. Wydało mi się to nieco podejrzane, skoro jeszcze nawet nie zdążyłem się odezwać. Ale nie miałem jak zareagować, bo przecież nie miałem pod ręką pompki (widział ktoś kelnera z pompką?)
Dopiero oglądając po kilku dniach „Seks w wielkim mieście“ z norweskimi napisami, zrozumiałem, co miała na myśli. Mam czapkę polskiej marki Moro, a 'moro' po norwesku to właśnie 'śmieszny' (znam nawet jednego Polaka, który uważa, że moro jest śmieszne - ale nie miałem pojęcia, że u podstaw jego sądu leży wnikliwa analiza lingwistyczna!)
Następnym razem nie dam się zaskoczyć. Niech tylko wykuję norweskie napisy z niezapomnianej tyrady Joe Pesciego w „Chłopcach z ferajny“: 'Tell me, what'ya mean... how funny I am... what makes me funny?'.
Kelnerowanie to czasem tylko i do północy (tzw. podryw „na Kopciuszka“). Za to od 2-3 w nocy - roznoszenie gazet. Idąc tak lub jadąc rowerem do pracy, mijam ludzi grzebiących w śmietnikach. No tak - „chleb musi być wypieczony“.
Niedoszły absolwent UAM w Poznaniu - Instytut Fizyki na Morasku (to chyba będzie „śmiesznostka“ po norwesku)
wtorek, stycznia 15, 2008
NORGES LOVER (1) Nelson Will is coming to town!
- Hej, znam cię - powiedział - pisałeś kiedyś ze Szwecji, że jesteś country lover czy co. Mam więc temat, który Cię zainteresuje. 1 maja w Oslo zagra Willie Nelson. Pora więc na Norwegię, yuppie ey! - po czym odwrócił się na piętce i ruszył przed siebie. Był chlebem, a ja poszedłem za nim.
Chleb okazał się być wytworem Stefana, Niemca zamieszkałego w Oslo. Stefan codziennie, czasem raz na dwa dni, sam wypieka chleb (pewnie jest słuchaczem „Minimaxu“). Chleb to w sklepie wydatek powyżej kilkunastu koron (a korona to prawie pół złotego). Kto się jednak uważnie rozejrzy, kupi i za 4 korony, chleb dotowany przez państwo. Co ciekawe, to jednak wciąż więcej, niż zaoferowano mi na poczcie w zamian za... 10 EUR. Jak to możliwe? Oto właśnie NORGES LOVER! (czyli, rzecz jasna, „norweskie prawa“).
Znajomi oświadczyli mi wkrótce, że ten chleb dotowany przez państwo jest robiony ze śmieci. Takiej dbałości państwa o recykling to nie spotkałem nawet w Niemczech! Zacząłem więc uważać, co sam wyrzucam; prezerwatywy zawijać w papier toaletowy i spuszczać w ubikacji (na szczęście nie piję dotowanych przez państwo wód mineralnych).
Nie minął tydzień na szukaniu pracy, a otrzymałem posadę key account managera w logistyce. W sensie, mam pęk kluczy i roznoszę gazety po osiedlach, w nocy i popołudniu. Kluczami otwieram drzwi do klatek, żeby móc szybko rzucić co komu potrzeba prosto pod drzwi jego mieszkania. „Ucz się, ucz... klucz“ - wszyscy to znamy. Ale do tej pory myślałem, że to tylko taki reklamowy slogan. Wiedziałem też, że wielcy biznesu zaczynali jako paperboy - ale nie znałem jeszcze przypadku emerytowanego rekina biznesu na tym stanowisku.
W tym, że mnie przyjęli, tradycyjnie, nie upatrywałbym prostych wyjaśnień, jak: że praca jest niewdzięczna, że jest mróz, śnieg i zawierucha, a wózek z gazetami, który trzeba pchać pod górę, waży z pół tony, więc nikt nie chce tak pracować. O nie, ja przekonałem komisję o swoich wybitnych kwalifikacjach do tej pracy. Czuję, że wszystko, co robiłem w życiu do tej pory, służyło do przygotowania mnie na to właśnie:
„Paperboy“ to była moja pierwsza ulubiona gra komputerowa,
na zlocie hufca 1998 r. prowadziłem warsztaty dziennikarskie, z główną zabawą w paperboya właśnie,
przez całe liceum nosiłem do szkoły „Wyborczą“,
logo mojego kierunku studiów kulturoznawstwa to - wypisz wymaluj - gazeta,
bieganie po schodach przed wyjazdem do Norwegii zacząłem już przed 12 laty (choć skończyłem zaraz potem, wyjechawszy do Norwegii po raz pierwszy),
rozpakowywałem paczki pracując w księgarni we Frankfurcie,
biegałem po klatkach w górę i w dół pracując we Ffurcie przy wymianie drzwi i okien,
pchanie wózka i wożenie go windami stanowiło nieodłączną część pracy w biurze MBA we Frankfurcie,
jestem dumnym posiadaczem bielizny thermo Mäsera, która tylko leżała, kiedy nie jeździłem w góry,
no i wreszcie, last but not least, mam pewną wprawę w rzucaniu (choć tu może być akurat kłopot z pisemnymi referencjami).
Do tego mam jeszcze spore doświadczenie pracy w międzynarodowych projektach i działalności międzykulturowej, a gazety roznoszą tutaj przedstawiciele stu nacji. Musieli mnie przyjąć po takim przedstawieniu sprawy na „interwju“, jak tutaj mówią. To znaczy, mówią tak wszędzie, ale tutaj to jeszcze tak piszą!
Wkrótce odbyłem szkolenie, po którym rozpierany szczęściem, że wszystko tak dobrze się potoczyło, odśpiewałem publicznie „Immigrant Song“ Zeppelinów. Owacje zachęciły mnie do bisu, na który wybrałem „Celebration Day“ tychże. Przerwano mi jednak po fragmencie "I'm gonna join the band", kierując mnie ponownie na szkolenie. Tam mi znów obtłumaczono, że taśmy spinające paczki z gazetami to ja mam rozrywać - a nie łączyć.
Drugi raz w życiu poczułem się oszukany słowami piosenki. Pierwszy raz to było, kiedy okazało się, że w Leluchowie nie ma żadnych czereśni.
Skoro już przystąpiłem do tak lubianego przeze mnie wątku pierwszych razów. 4 stycznia utknąłem między piętrami w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w tym roku. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w Norwegii. Po raz pierwszy utknąłem w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie ze starszą panią...
Z nowymi klockami hamulcowymi pojechałem dalej.
Song (imigrant z Chin)
Chleb okazał się być wytworem Stefana, Niemca zamieszkałego w Oslo. Stefan codziennie, czasem raz na dwa dni, sam wypieka chleb (pewnie jest słuchaczem „Minimaxu“). Chleb to w sklepie wydatek powyżej kilkunastu koron (a korona to prawie pół złotego). Kto się jednak uważnie rozejrzy, kupi i za 4 korony, chleb dotowany przez państwo. Co ciekawe, to jednak wciąż więcej, niż zaoferowano mi na poczcie w zamian za... 10 EUR. Jak to możliwe? Oto właśnie NORGES LOVER! (czyli, rzecz jasna, „norweskie prawa“).
Tytuł - bystry zabieg marketingowy! Proszę mi więc nie zwracać uwagi, że niestosowny albo nieadekwatny, bo piszę o Oslo, a to nie to samo, co Norwegia w ogóle. Tytuł ma być ciekawy po to, żeby zainteresować nieciekawą treścią (zasada ta dotyczy także tzw. „tytułu zawodowego“). No i czy może istnieć jednoznaczny tytuł? Na przykład: "Vondrackowa zaczyna mówić". Czy byłby to tytuł wywiadu-rzeki o kochankach piosenkarki, czy też chodzi o sypanie sowieckich agentów w czeskim show-biznesie, a może to jej biografia z dzieciństwa? Lub też recenzja nowej płyty, na której nieśmiertelna Helena rapuje. Zostawmy jednak te intelektualne igrzyska i wróćmy do chleba.
Znajomi oświadczyli mi wkrótce, że ten chleb dotowany przez państwo jest robiony ze śmieci. Takiej dbałości państwa o recykling to nie spotkałem nawet w Niemczech! Zacząłem więc uważać, co sam wyrzucam; prezerwatywy zawijać w papier toaletowy i spuszczać w ubikacji (na szczęście nie piję dotowanych przez państwo wód mineralnych).
Nie minął tydzień na szukaniu pracy, a otrzymałem posadę key account managera w logistyce. W sensie, mam pęk kluczy i roznoszę gazety po osiedlach, w nocy i popołudniu. Kluczami otwieram drzwi do klatek, żeby móc szybko rzucić co komu potrzeba prosto pod drzwi jego mieszkania. „Ucz się, ucz... klucz“ - wszyscy to znamy. Ale do tej pory myślałem, że to tylko taki reklamowy slogan. Wiedziałem też, że wielcy biznesu zaczynali jako paperboy - ale nie znałem jeszcze przypadku emerytowanego rekina biznesu na tym stanowisku.
W tym, że mnie przyjęli, tradycyjnie, nie upatrywałbym prostych wyjaśnień, jak: że praca jest niewdzięczna, że jest mróz, śnieg i zawierucha, a wózek z gazetami, który trzeba pchać pod górę, waży z pół tony, więc nikt nie chce tak pracować. O nie, ja przekonałem komisję o swoich wybitnych kwalifikacjach do tej pracy. Czuję, że wszystko, co robiłem w życiu do tej pory, służyło do przygotowania mnie na to właśnie:
„Paperboy“ to była moja pierwsza ulubiona gra komputerowa,
na zlocie hufca 1998 r. prowadziłem warsztaty dziennikarskie, z główną zabawą w paperboya właśnie,
przez całe liceum nosiłem do szkoły „Wyborczą“,
logo mojego kierunku studiów kulturoznawstwa to - wypisz wymaluj - gazeta,
bieganie po schodach przed wyjazdem do Norwegii zacząłem już przed 12 laty (choć skończyłem zaraz potem, wyjechawszy do Norwegii po raz pierwszy),
rozpakowywałem paczki pracując w księgarni we Frankfurcie,
biegałem po klatkach w górę i w dół pracując we Ffurcie przy wymianie drzwi i okien,
pchanie wózka i wożenie go windami stanowiło nieodłączną część pracy w biurze MBA we Frankfurcie,
jestem dumnym posiadaczem bielizny thermo Mäsera, która tylko leżała, kiedy nie jeździłem w góry,
no i wreszcie, last but not least, mam pewną wprawę w rzucaniu (choć tu może być akurat kłopot z pisemnymi referencjami).
Do tego mam jeszcze spore doświadczenie pracy w międzynarodowych projektach i działalności międzykulturowej, a gazety roznoszą tutaj przedstawiciele stu nacji. Musieli mnie przyjąć po takim przedstawieniu sprawy na „interwju“, jak tutaj mówią. To znaczy, mówią tak wszędzie, ale tutaj to jeszcze tak piszą!
Wkrótce odbyłem szkolenie, po którym rozpierany szczęściem, że wszystko tak dobrze się potoczyło, odśpiewałem publicznie „Immigrant Song“ Zeppelinów. Owacje zachęciły mnie do bisu, na który wybrałem „Celebration Day“ tychże. Przerwano mi jednak po fragmencie "I'm gonna join the band", kierując mnie ponownie na szkolenie. Tam mi znów obtłumaczono, że taśmy spinające paczki z gazetami to ja mam rozrywać - a nie łączyć.
Drugi raz w życiu poczułem się oszukany słowami piosenki. Pierwszy raz to było, kiedy okazało się, że w Leluchowie nie ma żadnych czereśni.
Skoro już przystąpiłem do tak lubianego przeze mnie wątku pierwszych razów. 4 stycznia utknąłem między piętrami w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w tym roku. Po raz pierwszy utknąłem w windzie w Norwegii. Po raz pierwszy utknąłem w windzie. Po raz pierwszy utknąłem w windzie ze starszą panią...
Z nowymi klockami hamulcowymi pojechałem dalej.
Song (imigrant z Chin)
Subskrybuj:
Posty (Atom)