Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania crazy german, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania crazy german, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, marca 31, 2010

NORGES LOVER (60) Kochaj mnie i rzuć (do śmietnika)

Napis jak w tytule przeczytałem tu raz na śmietniku.

Jak wspomnieliśmy poprzednio, w Oslo jesteśmy świadkami niesamowitej koegzystencji ludzi wierzących naprawdę (napływowi Muzułmanie) i z-blazowanego z-połeczeństwa z-sekularyzowanego: Chrześcijan nie wierzących w zmartwychstanie Chrystusa (nazwijmy ich „aleistami“ od „wierzę... ale“).

Przypomina mi to podejście Marilyna Mansona do wierności. On jest wierny, ALE imieniu na przykład. Czyli jak dziewczyna ma takie samo imię, to nie zdrada. Albo jeśli on nie pozna jej imienia, itd. Ciekawe, czy tak samo ma z rasą: żadna zdrada, jak tej samej rasy (albo rasy nieznanej).

Ja myślę sobie, że tak samo jak „aleiści“, byłbym zdolny do monogamii - w jej ciut mniej ortodoksyjnej formie. Tylko jedna ALE z każdej rasy (o ile tylko dokonać odpowiednio szczegółowej klasyfikacji). Stojąc na kasie mam więc wśród klientek ulubioną Chinkę, Pakistankę, Norweżkę, Hinduskę, Turczynkę itd. Często są to córki klientów, ale niestety, najczęściej przychodzą ze swoimi facetami, a tym to tak z oczu patrzy, że pozostaje mi tylko samobiczowanie celibatem.


W drugim sklepie, gdzie układam towary, mam za to swoje ulubione kasjerki. Jedna z nich - Czeczenka - nie przyszła do pracy w dniu, w którym w Moskwie wybuchły dwie bomby w metrze. Zatrwożony zacząłem szukać w rosyjskich mediach rysopisów samobójczyń. W sklepie pojawiła się za to druga Czeczenka - zdcydowanie już nie moja ulubiona. Zawsze ponura i zła, że lepiej jej w drogę nie wchodzić - tym razem pogwidzdywała i cała była w skowronkach. Naiwni niech się dopatrują wpływu wiosny...


Kontynuując wędrówkę po globie. Niegdysiejszy prezydent Indonezji, Wahid miał rzec o swoich poprzednikach: Sukarno miał świra na punkcie seksu, Suharto - pieniędzy, a Habibie - na punkcie technologii.
Po czym skromnie dodał: A ja? Ja po prostu tylko mam świra.

A jak daleko może posunąć się szalony Niemiec? Tak, wiem, historia roi się od przykładów. Mnie chodzi jednak o mojego tutejszego przyjaciela, i o „daleko“ w sensie przenośni przestrzennej, nie metaforycznej. Szalony Niemiec zwany Crazy German opuszcza Oslo i Norwegię - bo, jak mówi, nie jest to miejsce, w którym by chciał, aby rósł jego syn. Przenosi się więc do kraju swojej żony: Etiopii.

Może w tym szaleństwie jest metoda. Zawsze to bliżej do Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Nieco się jednak zasępiłem, bo co czeka mnie, skoro w przekonaniach i wrażeniach z tego kraju idę dzielnie śladami Szalonego Niemca zwanego Crazy German?

Cierpliwie wypatruję więc pierwszego spotkania swej ulubionej Etiopejki.

środa, listopada 04, 2009

NORGES LOVER (32) Routes Routes Bloody Routes

Jeszcze w ubiegłym roku robiłem to prawie każdej nocy. Teraz odwrotnie - robię to tylko raz w tygodniu, z soboty na niedzielę. Roznoszenie gazet.

Gazety - jak wiadomo - dzielą się na: poniedziałkowe, wtorkowe, środowe, czwartkowe, piątkowe, sobotnie i niedzielne. Niedzielne sa najgrubsze. "Może dlatego" - pomyślał Ferdynand - "że w niedzielę pan najdłużej leży na kanapie?"

Ludwik Jerzy Kern: Ferdynand Wspaniały


Tym razem wybrałem trasy niedzielne, co znaczy, że do rozniesienia mam faktycznie, najgrubsze gazety - ale za to tylko jeden tytuł. W tygodniu jest więcej różnych tytułów, przez co ich dostarczanie znacznie się komplikuje: wchodząc do klatki trzeba odliczyć każdy z nich, pod drzwi rzuca się te kilka różnych gazet w różnych konstelacjach. W niedziele tego problemu nie ma i zupełnie jak popołudniu: ktoś jest subskrybentem albo nim nie jest. Cała filozofia.

Na dostarczanie niedzielnych gazet jest na dodatek więcej czasu, bo zacząć można już o 1 w nocy, a skończyć należy do 9 rano (w inne dni 2-6). No i zmiana czasu (jesienią korzystna) zdarza się tylko na trasie niedzielnej.

Zostałem roznosicielem rezerwowym. Nie mam się więc co przyzwyczajać do tras, bo nie są moje. Jedną dostałem za kogoś, kto jest na macierzyńskim, inne trasy obskakuję, bo ktoś zachorował, wyjechał, zaspał, zapił czy w inny sposób okazał się odporny na motowację.

W Norwegii przysługują pracownikowi cztery razy w roku, kiedy może zadzwonić do pracodawcy, że źle się czuje - i takie chorobowe bez świadectwa lekarza może potrwać trzy dni. Do 12 dni w roku pracodawca może więc płacić pracownikowi np. za... kaca.
Jak podaje dziennik Dagsavisen - Norwegowie biorą chorobowe dwa razy częściej niż pozostali Europejczycy. Ale nie jest to kwestia klimatu. Gazeta wylicza, że gdyby Norwegowie byli tak zdrowi jak przed 30 laty, zyskaliby dziś 50 miliardów koron w budżecie. Rozwój medycyny zaszedł jednak tak daleko - konstatuje redaktor - że już właściwie nie ma zdrowych ludzi.

Zwolnienia chorobowe wśród roznosicieli gazet przekraczają zimą normę (siegają 12%), w okresie letnim utrzymując się na średnim poziomie - 7%. Właśnie dlatego tak ważna jest praca roznosiciela rezerwowego. Jak to w życiu, najfajniejsze sa zastępstwa.

I nic tak przecież nie boli, jak oddawanie komuś trasy, którą się miało jako własną. Przechodziłem to akurat przed rokiem, przyuczając nastepców do dwóch nocnych tras i jednej popołudniowej. To tak, jak by zostawiając dziewczynę, od razu instruować nowego chłopaka z jej obsługi (a ci, nie dość, że byli młodsi, to jeszcze jeden był Murzynem!)

Czy podać mu na tacy wszystkie tricki, wyliczyć pułapki i bonusy, czy może jednak nie zabierać mu przyjemności odkrywania tajemnic samodzielnie, szczególnie jeżeli sam miesiącami z upodobaniem przez to brnąłem?


Ten, kto przyuczył mnie do tej pracy przed niemal dwoma laty, przez trzy mroźne śnieżne dni w styczniu, to właśnie jeden z takich lotnych roznosicieli, tyle źe mający samochód - obskakujący codziennie trasy awaryjnie. Szalony Niemiec znany jako "Crazy German".

Tak w ogóle, jakoś szczególnie mi tutaj po drodze z Niemcami, chociaż na studiach tylko raz było mi po drodze z Niemką (ale nie wiem, czy to się liczy, bo miała polską maturę).

Pierwszymi słowami, którymi powitał mnie szalony Niemiec znany jako "Crazy German" było: "Jestem wprawdzie Niemcem, ale jestem bardzo chaotyczny". Okazało się, że jednak w tym kraju na nikim nie robi to wrażenia. Potem pomstował jeszcze nie raz na norweskie zwyczaje, co mnie najpierw oburzyło. Kiedy zechciałem na niego doniść policji, uniemożliwiły mi to przedłużające się procedury biurokratyczne - przez co zacząłem przyznawać mu rację (co doprowadziło do powstania tego bloga).

Jedyna rzecz, co do której nie udało mi się z nim zgodzić, to to, że do ciągłego niewyspania da się przyzwyczaić. Mnie się przez 10 miesięcy ubiegłego roku nie udalo. I dlatego więc, chociaż w ubiegłym roku robiłem to prawie każdej nocy, teraz poprzestałem na jednym razie w tygodniu. Są to teraz też przeważnie zupełnie spontaniczne i niespodziewane one night standy.

wtorek, stycznia 19, 2010

NORGES LOVER (46) Ręce, które liczą

- Masz sprawne palce - powiedziała Japonka od warzyw, spoglądając na mnie z uznaniem. Inaczej niż Czeczenka, do której wzdycham już niemal od dwóch lat, ale która jak dotąd zaszczyciła mnie tylko krótkim: - Wytrzeć!

Układając towary na półkach, przygotowuję je sobie tak, by całość wypełniała front, muszę więc odliczyć, w ilu to rzędach wgłąb postawić itd. To odbywa się dość machinalnie. Bardziej zwerbalizowanego liczenia potrzeba jednak przy roznoszeniu gazet. Przed dwoma laty Szalony Niemiec znany jako Crazy German zastanawiał się podczas trzydniowego szkolenia, po jakiemu ja sobie tak odliczam te gazety albo zapamiętuję kolejność drzwi? Czy po polsku, czy po niemiecku (bo tak z nim rozmawiałem), czy po angielsku - w języku będącym standardem w firmie. Sam się wtedy zastanawiałem, bo ciężko mi było się przyłapać. I nie dość, że nie wiem tego do dziś, to po dwóch latach sprawę pogmatwał jeszcze norweski!

Podobnie jest na kasie. A przecież należałoby się spodziewać, że coś się zmieni, skoro jedna z kasjerek ma na imię Jeny. Ale, to, że nie wierzę piosenkom, wyjaśniliśmy sobie już dawno.

Najwięcej liczenia wymagają słodycze: batoniki, czekoladki, gumy. Klienci najczęściej mają jakiś system odnośnie ilości kupowanego towaru, a ja, przeliczając to, staram się ten system odgadnąć. I tak mniejszy sklepik kupuje po 5 sztuk wszystkiego, większe 15 i więcej. Ale zdarzają się też notoryczne programowe czwórki, szóstki, siódemki czy dziewiątki. Najczęściej ze względu na pojemność opakowań, czasem jednak wydaje mi się, że szósty batonik jest próbą przemytu po tym, jak moja czujność zostanie uśpiona ciągiem towarów po pięć sztuk. Zdarzają się i tacy, co operują potęgami dwójki, dość niskimi jednak (pewnie przerwali studia informatyki, jak ja). Nikt mi jeszcze nie zrobił awantury, że w kilogramie nie ma 1024 gram.


Dopiero z chwilą nabrania pewności w liczebnikach, zacząłem dostrzegać, że „miliard“ i „milion“ to najczęstsze słowa w tytułach prasowych, szczególnie na pierwszych stronach. Takich np. jak:

1 miliard na pensje pomostowe - tyle poszło w ciągu trzech lat na pensje dla tysiąca odchodzących wcześniej urzędników. Chodzi o wypłatę przez maks. trzy lata maks. 66% pensji tym osobom, które utraciły swoje stanowiska z powodu np. choroby, likwidacji stanowiska albo utraty kwalifikacji koniecznych do jego zajmowania (!)

10,5 miliarda koron na zobowiązania wynikające z członkostwa w Europejskim Obszarze Gospodarczym - to koszty Norwegii w latach 2004-09. W następnej pięciolatce spodziewany jest wydatek ok. 13 miliardów.

Dostali 1,2 miliarda, zużyli milion - o państwowym przedsiębiorstwie, które dostało wsparcie na czas kryzysu od rządu i - najgólniej rzecz biorąc - wrzuciło je sobie do banku na procent. A pieniądze przyznano na realizację pilnych projektów. Cały rządowy pakiet 20 miliardów miał służyć „utrzymaniu istniejących miejsc pracy i stworzeniu nowych“ (no, chyba w bankach).

90 miliardów na czarno - o 5 tysiącach zgłoszeń nt. prania brudnych pieniędzy, jakie otrzymala w ub. roku policja ekonomiczna.

Miliony zużyte na publiczne wysłuchanie, ale bez rezultatu - aby stanąć przed komisjami parlamentarnymi wiele organizacji pracowało latami. Ocenia się, że Związek Niepełnosprawnych przygotowywał się 4-5 lat. Dostały po 5-15 minut na przedstawienie swoich racji i w efekcie takich wysłuchań komisje zadecydowały o zmianach w wysokości 1 promila budżetu na rok 2010, tj. 131 milionów koron.

Miliony Rotary na marne - o tym, jak Rotary otrzymało 2,4 miliona koron na projekt, z którego do beneficjenta dotarło... 100 tysięcy koron! Na grafice wyjaśniającej sposób spożytkowania grantu roi się od ludzików. Koszty lidera projektu: 1.136.000 - niemal połowa. Połowa z pozostałej połowy to pozostałe koszty osobowe i rachunki pięciu różnych firm konsultingowych. Mniej niż dla beneficjenta poszło tylko na spotkania i księgowość. Tu wyszło więc, że nie znali starej prawdy: odpowiednia inwestycja w księgowość pozwoli uchronić przed publikacją w prasie.

Albo taki premier Japonii, jak się okazało, że latami otrzymywał od swojej matki miesięczne kieszonkowe równowartości miliona koron norweskich. Kiedy sprawa wyszła na jaw, powiedział w - co specjalnie odnotowały media - trzeciej osobie: - Jeśli ludzie zechcą, by Hatoyama ustąpił, to on ustąpi.

Na wszystkich, którzy czytali Kafkę nad morzem Murakamiego, padł blady strach, bo tak właśnie operował tam językiem stuknięty staruszek Nakata. A lepiej z nim było nie zadzierać! Ja jednak dostrzegłem w tym to, co kiedyś pięknie opisał Korwin-Mikke: rząd rżnie głupa. Ja nie mam niestety kwalifikacji na premiera. Z otwieraniem kartonów w pracy radzę sobie gołymi rękami, nie przyjąłem więc noża, który oferowała mi Japonka od warzyw.

piątek, grudnia 11, 2009

NORGES LOVER (38) Nobel nad morzem

(tytuł nie zdziwi nikogo, kto wie, że Haruki Murakami dostał nagrodę Kafki za powieść „Kafka nad morzem“).

Barack Obama dostał Nobla, bo się dobrze zapowiada. A ja to co, może źle się zapowiadałem?

Niestety, najinteligentniejsi mają pod górkę, o czym donosił przed paroma tygodniami piątkowy magazyn Aftenposten. Jeden z najinteligentniejszych Norwegów (IQ 180) montuje zawodowo stereo w samochodach. „Dlaczego nie rozwiąże problemów światowego kryzysu czy ocieplenia klimatu?“ - pyta redakcja (a ja dopowiadam: „Albo żeby chociaż zamiótł te cholerne liście z torów metra!“)

Jak pisze w The Outliers Malcolm Gladwell, powodzenie człowieka rośnie wraz z jego inteligencją, ale tylko do pewnej wartości granicznej. Powyżej IQ 120 jest już człowiekowi coraz trudniej na świecie. Się po prostu nie dostosuje. I roznosi gazety w obcym kraju, jak ja czy szalony Niemiec zwany Crazy German. Albo tak, jak Grady Towers, który zginął przed dziewięcioma laty, pracując jako stróż nocny w parku w Arizonie. Jego iloraz inteligencji otworzył mu drzwi do Mega Society, najbardziej elitarnego klubu superinteligentnych, witającego jedną osobę na milion. Prometheus Society przyjmuje jednego na 30 000, Triple Nine Society - jednego na 1000, a Mensa - co pięćdziesiątą osobę.

Za to kartę Smart-clubu może mieć tutaj każdy, bo to karta rabatowa jednej sieci marketów. Wprawdzie zupełnie mi niepotrzebna, bo w Oslo są tylko takie dwa, i to na obrzeżach, ale zaopatrzę się w taką przed powrotem do Polski. Będę ją w kraju zawsze „przypadkowo“ wyciągał zamiast każdej innej.

Wprawdzie nie rozwiązałem trudniejszego z dwóch zadań, jakie zamieszczono w artykule, ale przecież co ja się tutaj miałem z tymi skrzynkami pocztowymi! Albo z tą wieżą przed dworcem w Oslo. Ma pięć pięter opasanych świecącymi na czerwono kręgami. W zeszłym roku chodząc na roznoszenie gazet codziennie utyskiwałem, że któryś z tych zestawów nie świeci. No ale codziennie też się to zmieniało - i to świeciło się coraz więcej. Aż zrozumiałem nareszcie, że w ten sposób na wieży prezentowane są dni tygodnia. Poniedziałek - 1. piętro, wtorek - 1. i 2. i tak dalej, aż w piątek świeci się cała wieża (w weekend znowu jakieś kombinacje, których nigdy już nie rozgryzłem).

Ciekawy to eksperyment, tym szczególniej, że i tak nikt nie rozumie, o co chodzi z tymi światłami. Może to więc jakieś kolejne stowarzyszenie typu jeden na milion?

Inteligencja miejscowych, a właściwie jej brak objawia się (o ile brak może się objawiać) w otwieraniu drzwi metra. Żeby drzwi się otworzyły, wystarczy raz nacisnąć przycisk w dowolnym momencie po ich uprzednim zamknięciu. Otwierają się z pewnym opóźnieniem od zatrzymania pociągu, przez co wielu gubi się, wciąż naciskając w popłochu przycisk. Najlepsze, że drzwi się przecież kiedyś wreszcie otwierają, w związku z czym delikwent jest przekonany o skuteczności swojej strategii!

Przyznam się, że ja zawsze gubię się robiąc coś po raz pierwszy, no ale ileż razy można po raz pierwszy otwierać drzwi w metrze? (No tak, rozumiem, przecież raczej nigdy nie są to akurat te same drzwi). Czyli ogólnie ludzie są tutaj tak samo głupi, jak gdzie indziej. I tak samo wpychają się na chama do tramwajów i metra, nie przepuszczając wychodzących. To taki mój absolutny test na mądrość zbiorowości, w nawiązaniu do testu Sonny'ego z „Prawa Bronxu“ Roberta de Niro.

A w Polsce nadinteligentnych zostało więcej. Kiedy rozesłałem znajomym zaproszenie do wejścia na mój blog, stowarzyszenie Irasiad obsiadło kamienicę przy Miodowej w Szczecinie. Ciekawe, co na to mój sąsiad, któremu często przeszkadzała za głośna muzyka. Raz mi napisał w sms: „kreska na potencjometrze i będzie cacy“. No jasne, po kresce zawsze jest cacy, ale trzeba już być na niezłym haju, żeby ją wciągać z pokrętła!

wtorek, lutego 10, 2015

NORGES LOVER 90s bitch!

Znacie ten skonsternowany wzrok dziewczyny i wycedzone niepewnie:
- Ale robiłeś to już kiedyś...?!
No, to ja już też to znam. Gorączka sobotniej nocy... z gazetami.

W jednej klatce mam klientów o nazwiskach Ung (Młoda) i Wilk. Młoda i Wilku w jednym stali domu, nucę, imaginując sobie ich spotkanie w windzie. Za sprawą nowej ekranizacji z Johnnym Deppem więcej rozmyślam o wilku... A był czas, że zaprzątały mi głowę młode dziewczęta. Przypomniał mi o tym norweski debiut roku 2013: Młoda dziewczyna, dorosły mężczyzna.

Zapłakałem nad rajem utraconym, bo teraz już coraz gorzej rozumiem się z młodymi dziewczętami. Kiedyś to zdarzało się tylko incydentalne, gdy na przykład panna dziwiła się, że te dinozaury chcą się odmłodzić, nagrywając piosenkę Sheryl Crow. Ale przecież każde pokolenie tak ma. Ja sam zawsze brałem Always On My Mind za utwór Pet Shop Boys.

Dziś zaś nie rozumiemy się systemowo. Nie mogę dostarczyć paczki, bo nie znajduję nazwiska na drzwiach. Sprawa wraca do biura, które dodaje mi szczegółowy opis od klientki: „czerwone drzwi z szóstką na szybce”. Dziwne, myślę sobie, bo tu nie ma żadnej numeracji drzwi, na pewno nie w tej klatce. Ani drzwi ze szkłem... poza wejściowymi. I rzeczywiście panna dokładnie opisała drzwi do znanej mi dobrze klatki numer 6, ale tabliczki z nazwiskiem na drzwiach mieszkania jak nie było, tak nie ma.

(Ja też kiedyś swoim gościom od razu pokazywałem drzwi, ale to dlatego, że miałem tam przyszpilone woreczki z herbatą).

Czasem na pierwsze przejścia nowych tras dają mi instruktora, jak kiedyś na samym początku Szalonego Niemca zwanego Crazy German. Że niby ważne, by nie było potem skarg... Trochę bez sensu, bo sam pracuję na zastępstwa, więc nie pochodzę tak długo. Pewnie chodzi o to, myślę sobie, by kolesie zarobili. Znam ten myk, dawno już tutaj pisali, że taki np. urząd od budowy dróg wydaje więcej na konsultantów niż na asfalt.

Ale kiedy na takie szkolenie przychodzi dziewczyna z Kamerunu, czuję się trochę dotknięty. Sprawa tradycyjnie nabiera rumieńców w windzie. Po jej „Ale robiłeś to już kiedyś...?!” dociera do mnie, że to ja szkolę ją... Czego bym się nie domyślił, bo tej trasy wcale nie znam. Wziąłem ją raptem na zastępstwo ten jeden raz. No to, myślę sobie, dołączyłem do kliki kolesi. Próbuję jednak zachować pozory. - Partly... - odpowiadam, rozpoczynając wywód, jak to w Oslo ubiegłej jesieni pozmieniano wiele tras... I znów jest jak kiedyś nad morzem. Wózek staje się cięższy, bo choć gazet ubywa, przybywa śpiącej Kamerunki.

Kiedy przed rokiem Aftenoposten zyskał nowego naczelnego, pozyskanego z tabloidu, pierwszy wstępniak opisywał, jak pokonuje noc w towarzystwie śniadej roznosicielki gazet. Ciekawe, czy on też nie dał jej ciągnąć...

poniedziałek, sierpnia 24, 2015

NORGES LOVER (94) Dzieci z bólem d...

W jeden sposób na pewno nawiązuję do chlubnych kart naszej generalicji - nie mówię językiem mieszkańców. Choć jako jeden z nielicznych w tej robocie, staram się. Twierdzę, że to łatwe, gdy zna się niemiecki - choć przecież nikt inny jak Szalony Niemiec zwany Crazy German wykrzykiwał, że on tego durnego języka nigdy nie zrozumie, i poprzestał na angielskim.

- Masz w Polsce żonę, dzieci? - pyta Alfred.
-Nie.
- A czemu?
- A czemu miałabym mieć?
- No tak... - zasępił się - żeby ciągnęły z ciebie pieniądze.
- Których nie mam.
- No to musisz znaleźć tu bogatą żonę!
- No, a myślisz, że za czym tak uganiam się nocami po mieście?

I tak nad fiordem, na ulicy Królowej Maud, gdy jako fan Stachury nuciłem tu nieustannie «Gdybym tak mógł wyrwać sobie dupę», od dziewcząt odrywałem wzrok tylko przy wystawie salonu hi-fi.

W tym roku Harald V odwiedził Ziemię Królowej Maud - jako pierwszy norweski monarcha na Antarktydzie. Na samej Królowej Maud był wcześniej ponad wszelką wątpliwość jego dziadek (może nawet była bardziej lodowata, jako wnuczka królowej Wiktorii). Co ciekawe, w Oslo ich ulice, inaczej niż oni sami, się nie krzyżują, a leżą grzecznie, po wiktoriańsku, obok siebie, lekko się tylko skłaniając ku sobie...

W gazetach piszą tymczasem, że Marit Bjørgen jest w ciąży. Usłyszawszy to, poczułem się zdradzony. Uczucie to jest mi dobrze znane: jest tak zawsze, gdy jakaś była znajdzie w ciążę z kimś innym. Co ciekawe, nigdy nie poczułem się zdradzony tym, że mnie zdradzono (ale to akurat tylko dlatego, że nigdy się o tym nie dowiedziałem).

Nie dziw więc, że czuję się zdradzony, ilekroć Alfred nazwie generałem kogoś innego. Gdy przestałem reagować na podobne wezwania pod moim adresem, zaczął za mną wołać "Jaruzelski". Coś w tym jest, przyznałem w duchu zrezygnowany: w końcu ja też zawsze wybywam z domu w grudniu...

Kiedy to wypada termin Marit. Ostatniej, która tak podle mnie zdradziła. Już nie poczuję tego łaskotania déjà-vu, czytając w gazetach, że odmawia rozmów o przyszłości... Już tylko ja ją taką zapamiętam.