piątek, sierpnia 14, 2015
NORGES LOVER (92) Frogny licks
Spodziewałem się zresztą, że nie będę nic musiał pisać, gdy wszystko za mnie odsłoni wyciek Frogner-leaks. Na początku roku nosiłem gazety wzdłuż alei Bygdøy (po naszemu to będzie chyba Bydgoska) w tej najbardziej fancy dzielnicy Oslo, gdzie zlokalizowane są wszystkie najważniejsze ambasady. Jak jesienią ujawnił Aftenposten, ktoś zamontował w centrum fałszywe stacje bazowe: nad fiordem i właśnie tutaj, co umożliwiło podsłuchiwanie rządu, dyplomatów, szefostwa NATO itd. Przemyślenia roznosiciela gazet, choć często wypowiadane na głos, okazały się jednak nikogo nie interesować... Czytasz to jeszcze? No właśnie o tym mówiłem.
Przy tej okazji znów nauczyłem się nowych słów, wprawiając się tym razem w zdumienie nie tym, ile Norwegowie przemilczają w wymowie, lecz w zapisie. Słowo kryptering - jak przeczytałem w gazetach - pochodzi bowiem od kryptos = ukryty i graphen = pisać. Jak widać, herosa Graphena bóg Kryptos pokrywa tu bez reszty...
To mi przypomniało aferę z kartami do kina przed wielu laty. Gdy dostałem nową kartę, zwróciłem uwagę na pomylone numery i błędny mail. W zamian dostałem bilet za darmo, czym uśpili moją czujność. W styczniu 2009 r. wybuchła afera, gdy okazało się, że wszystkim zmienili PIN na taki sam: 6610.
Kart do kina miałem tu już chyba więcej niż razy, kiedy byłem w kinie. A swego czasu chodziłem co tydzień! Przeważnie gdy w kinie przeszywa mnie trwoga, to nie ze względu na akcję, lecz na myśl, że może właśnie moja karta utraciła ważność. Takie uczucie znane gapowiczom. Na szczęście w tym roku, gdy zechciałem pójść na finał Superbowl, okazało się, że mam jeszcze aktywne punkty zgromadzone na karcie przez ostatnich kilka lat, i wystarczyło ich akurat na ten jeden bilet.
Usiadłem w pierwszym rzędzie pod wielką okrągłą kopułą kina Colosseum z 1921 r. W tej samej sali, w której w 2008 r. obejrzałem, nie raz, nie raz, film Scorsesego o Stonesach. W tym samym budynku od 2010 r. funkcjonuje pierwsza centrala roznosicieli gazet, miałem więc niedaleko do pracy z tego pół-finału (musiałem wyjść w połowie).
I dlatego właśnie zawsze biorę wolne od tej roboty na Copa America.
wtorek, lutego 24, 2015
NORGES LOVER (91) O czym mówię, gdy mówię o czym to ja mówiłem?
Zima jest wyjątkowo ciepła, już plus dwa zamiast minus trzech, więc sen bobsleisty, z którego rekrutują się ulice Oslo, tym razem jest mokry. Pod koniec stycznia tylko w dwa dni 250 osób trafiło po upadku na pogotowie. Standard to 50 osób dziennie, łącznie 3.000 w całym sezonie.
- Phi! Imigranci! - żacham się, na co Finn potulnie zbiera się na wyznanie: - Sam upadłem dwa razy... - po czym dokańcza ze śmiechem psychopaty: - Odtąd już nie jestem taki sam! - Śmiejemy się obaj serdecznie. Finn nagle jednak przerywa i rzecze ze śmiertelną powagą: - Zapominam rzeczy na chwilę, zwykle na godzinę.
Widzę, że mam do czynienia z wytrwałym przeciwnikiem. Żeby wyjaśnić, dlaczego tak włóczymy się wieczorem po oblodzonych chodnikach, muszę cofnąć się o kilka godzin.
Tego ranka to Finn siedział w skarbówce. Po powrocie zaprasza mnie do jadalni kilka pięter poniżej swego biura. Mówi, że w biurze panuje nieład (może to więc skarbówka była u niego?). Podejmuje mnie łososiem z jajkiem na miękko w idealnie ściętym białku. W tym momencie, gdyby tylko poprosił, zostałbym na śniadanie... Jednak nie prosi. Seks przestał uprawiać przed paroma laty, o czym wspomina, gdy zgodnie zauważamy, że w centrum zaczepiają teraz coraz bielsze panie (co nie dziwi, gdy przypomnieć sobie, co w tej kwestii rzekłby był Puchatek).
Po zrobieniu herbaty Finn mówi nienaganną manierą brytyjskiego dżentelmena, że jak to tak bez mleka... Musi skoczyć do sklepu. Daję mu stówkę, dopiero po fakcie orientując się, że właśnie uregulowałem w ten sposób wpisowe - z poczwórną przebitką. Ucząc się od najlepszych, ładuję pod jego nieobecność kieszenie owocami. Następnym razem przyjdę w kombinezonie rybaka. Ale i on następnym razem będzie o krok przede mną... Teraz rozumiem, że taki wyścig uzależnia.
Kiedy po powrocie otwiera szufladkę z banknotami tysiąc koron, nadmieniam delikatnie o mojej reszcie z zakupów... W szufladce znajdują się jednak także jego zdjęcia rodzinne z XIX w., na których zaczyna mi drobiazgowo wskazywać swoich przodków. Wysłuchawszy cierpliwie, pytam niezbity z tropu, czy pan z banknotu to też jakiś krewny...
Toteż po kilku godzinach w patowej sytuacji snujemy się ulicami. Ja zupełnie nie wiem, dokąd mnie prowadzi, Finn zaś zdaje się momentami nie wiedzieć nawet tego, że idziemy razem.
- Zapominam rzeczy na chwilę, zwykle na godzinę - słyszę znowu i już nie wiem, czy minęła kolejna godzina, czy to moje déjà vu, błąd matrixa, jakieś kosmiczne zapętlenie, cwana strategia Finna?
Zapomniał jednak, że ze mną nie da się dwóch rzeczy: przegadać ani zgubić w Oslo.
wtorek, lutego 10, 2015
NORGES LOVER 90s bitch!
- Ale robiłeś to już kiedyś...?!
No, to ja już też to znam. Gorączka sobotniej nocy... z gazetami.
W jednej klatce mam klientów o nazwiskach Ung (Młoda) i Wilk. Młoda i Wilku w jednym stali domu, nucę, imaginując sobie ich spotkanie w windzie. Za sprawą nowej ekranizacji z Johnnym Deppem więcej rozmyślam o wilku... A był czas, że zaprzątały mi głowę młode dziewczęta. Przypomniał mi o tym norweski debiut roku 2013: Młoda dziewczyna, dorosły mężczyzna.
Zapłakałem nad rajem utraconym, bo teraz już coraz gorzej rozumiem się z młodymi dziewczętami. Kiedyś to zdarzało się tylko incydentalne, gdy na przykład panna dziwiła się, że te dinozaury chcą się odmłodzić, nagrywając piosenkę Sheryl Crow. Ale przecież każde pokolenie tak ma. Ja sam zawsze brałem Always On My Mind za utwór Pet Shop Boys.
Dziś zaś nie rozumiemy się systemowo. Nie mogę dostarczyć paczki, bo nie znajduję nazwiska na drzwiach. Sprawa wraca do biura, które dodaje mi szczegółowy opis od klientki: „czerwone drzwi z szóstką na szybce”. Dziwne, myślę sobie, bo tu nie ma żadnej numeracji drzwi, na pewno nie w tej klatce. Ani drzwi ze szkłem... poza wejściowymi. I rzeczywiście panna dokładnie opisała drzwi do znanej mi dobrze klatki numer 6, ale tabliczki z nazwiskiem na drzwiach mieszkania jak nie było, tak nie ma.
(Ja też kiedyś swoim gościom od razu pokazywałem drzwi, ale to dlatego, że miałem tam przyszpilone woreczki z herbatą).
Czasem na pierwsze przejścia nowych tras dają mi instruktora, jak kiedyś na samym początku Szalonego Niemca zwanego Crazy German. Że niby ważne, by nie było potem skarg... Trochę bez sensu, bo sam pracuję na zastępstwa, więc nie pochodzę tak długo. Pewnie chodzi o to, myślę sobie, by kolesie zarobili. Znam ten myk, dawno już tutaj pisali, że taki np. urząd od budowy dróg wydaje więcej na konsultantów niż na asfalt.
Ale kiedy na takie szkolenie przychodzi dziewczyna z Kamerunu, czuję się trochę dotknięty. Sprawa tradycyjnie nabiera rumieńców w windzie. Po jej „Ale robiłeś to już kiedyś...?!” dociera do mnie, że to ja szkolę ją... Czego bym się nie domyślił, bo tej trasy wcale nie znam. Wziąłem ją raptem na zastępstwo ten jeden raz. No to, myślę sobie, dołączyłem do kliki kolesi. Próbuję jednak zachować pozory. - Partly... - odpowiadam, rozpoczynając wywód, jak to w Oslo ubiegłej jesieni pozmieniano wiele tras... I znów jest jak kiedyś nad morzem. Wózek staje się cięższy, bo choć gazet ubywa, przybywa śpiącej Kamerunki.
Kiedy przed rokiem Aftenoposten zyskał nowego naczelnego, pozyskanego z tabloidu, pierwszy wstępniak opisywał, jak pokonuje noc w towarzystwie śniadej roznosicielki gazet. Ciekawe, czy on też nie dał jej ciągnąć...
środa, grudnia 31, 2014
NORGES LOVER (89) Aften posteriori, czyli musztarda po gazecie po obiedzie
Oficjalny telefon, że w Norwegii znaleziono ropę, wykonano przed 45 laty w wigilię Wigilii - czyli "małą Wigilię". Wigilia to Julaften, a sylwester - Nyttårsaften. Tam gdzie w angielskim jest 'eve' - wieczór, Norwegowie mają popołudnie - aften.
Nie mają już za to popołudniówki - Aften. Najpierw w 1990 r. zniknęło wydanie sobotnie - tyle że w jego miejsce pojawiła się niedzielna gazeta poranna, która znamy teraz. Potem w 2009 r. skasowano poniedziałek i piątek. A przed dwoma laty trzy dni Aftena zastąpiło jedno wydanie w tygodniu, już pod innym tytułem. Rozniesione po raz ostatni w czwartek dwa tygodnie temu.
Stopniał więc, a pewnie i całkiem zniknął tzw. "klub milionera" - tych, którzy w roku byli w stanie wyciągnąć okrągły milion koron z samego tylko rozwożenia gazet samochodem, po 2-3 trasy w nocy i tyleż popołudniu.
Ja, gdybym pracował tak co dzień, już bym tę pracę znienawidził i szukał nowej. Pracując z doskoku, wracam do niej stęskniony: jak Sobieski do Marysieńki, jak Madonna do Milesa Awaya, jak syfilis do Mickiewicza czy wyrzuty do sumienia (ale i przez te wahania: zajęcie do konta).
Gdybym tu jednak wytrzymał, nie się wiercił, byłbym już został Norwegiem, na co trzeba akurat siedmiu lat. No, chyba że jak Szalony Niemiec - nie zostałbym ani nie wrócił, tylko pojechał za kobietą do Etiopii... Ale to pewnie była oferta tylko dla "klubu milionerów", i to z okresową weryfikacją: niedawno wniosła o rozwód.
Gdy przed laty oddawałem swoją pierwszą ukochaną (bo ja rzadko wytrzymuję rok) trasę jakiemuś szczylowi, szczerze mi go było żal - ciężka była. Ale też jakże mu zazdrościłem... Wytrenować swojego następcę - wyobrażacie sobie? Wytrenować, czyli zastawić pułapki, czy zdradzić każdy sekret, czy może pozwolić mu odkryć to samemu, tak jak ty to odkrywałeś? Cieszyć się z ich wspólnego szczęścia czy życzyć im niepowodzeń...? Przepraszam, my już tak mamy, bo jak tu nie personifikować bytu, z którym spędza się sam na sam wszystkie noce...
Potem robiłem same niedziele, tylko na zastępstwa. Przez 11 tygodni dwie trasy, które dostałem, gdy regularnego roznosiciela potrącił samochód. Wróciwszy tu po latach, dobrze wiedziałem, co robić, by znowu je dostać... I kto powiedział, że nic dwa razy się nie zde... zdarza? Zdaje się, Wisłocka (pewnie chodziło jej o utratę dziewictwa).
sobota, grudnia 27, 2014
NORGES LOVER (88) Gra w codoku...
Każde święta tutaj to czas rebusów, krzyżówek i zagadek w gazetach. Dla roznosiciela gazet - chleb powszedni. Myślałem, że po obszernym opisaniu tematu nie trzeba już będzie nic dodawać - a jednak! Po tylu latach wciąż wyrywa mi się nowe: "Co do ku...?".
Co tam wciskanie za róg wejść do oficyn (klatki b, c itd.) - prawdziwe wyzwanie to sąsiadujące na rogu klatki o tym samym numerze, ale przy różnych ulicach! (Ktoś musiał im donieść, że od sudoku zawsze wolałem domino...). No i znowu nie wiesz, w którą z siedemnastek wejść. A z wystawania na rogu można tylko zostać rogaczem.
W klatce to jednak, wiadomo, zaczynają się schody. Tam, gdzie nie ma wind, najczęściej jedyną gazetę prenumeruje snob z poddasza. Albo tacy na zamek błyskawiczny: po dwa mieszkania na piętrze, ale rozbite na dwie klatki. Do lewego mieszkania wchodzisz lewymi schodami, do prawego - prawymi. Twórcy Twiksa musieli być Norwegami - podobnie jak był nim pierwowzór pana Burnsa z Simpsonów: multimilioner Fredrik Olsen, armator Fred. Olsen & Co.
Otóż to... znów to "Co..."! Co mi z tego, że czytam w adresie: "Co. stary szpital" - no, tak, nie da się ukryć - jak całe osiedle; albo "Co. nazwisko na drzwiach". Lub też "Co. roznosiciel" - moje ulubione, bo to przecież o mnie! Podobnie jak ten fragment Schulza:
Wtedy marzę o tym, żeby zostać roznosicielem pieczywa, monterem sieci elektrycznej albo inkasentem kasy chorych. Albo choćby kominiarzem. Rano, skoro świt, wchodzi się w jakąś bramę, lekko uchyloną, przy świetle latarki dozorcy, przykładając niedbale dwa palce do daszka, z żartem na ustach i wkracza się w ten labirynt, ażeby gdzieś późnym wieczorem, na drugim końcu miasta go opuścić. Przez dzień cały przeprawiać się z mieszkania do mieszkania, prowadzić jedną niedokończoną, zawiłą rozmowę, od końca do końca miasta, rozdzieloną na partie między lokatorów, zapytać o coś w jednym mieszkaniu i otrzymać odpowiedź w następnym, rzucić w jednym miejscu żart i długo w dalszych zbierać owoce śmiechu. Wśród trzaskania drzwiami przeprawiać się przez ciasne korytarze, przez zastawione meblami sypialnie, przewracać nocniki, potrącać skrzypiące wózki, w których płaczą dzieci, schylać się po opuszczone grzechotki niemowląt. Ponad potrzebę długo zatrzymywać się w kuchniach i przedpokojach, gdzie sprzątają służące. Dziewczęta, uwijając się, prężą młode nogi, napinają wypukłe podbicia, grają, połyskują tanim obuwiem, stukocą luźnymi pantofelkami...
